czwartek, 29 września 2011

SPEKTAKULARNY WIDOK

Witajcie!

Jeśli myśleliście, że to już koniec naszego blogowania, to się grubo myliliście. Nad tym blogu jeszcze będzie się działo! Będą podsumowania, wskazówki, wspomnienia i inne ciekawostki. Tymczasem zapraszam do głosowania na NAJBARDZIEJ SPEKTAKULARNY WIDOK!

OTO NOMINACJE:

1. Wenecja w błękicie

2. Port w Wenecji

3. Wschód słońca na Lazurowym Wybrzeżu

4. Jachty na Lazurowym Wybrzeżu

5. Barcelona z Tibidabo

6. Pireneje

7. Dolina w Pirenejach

8. Wielki błękit

9. Piaski na wietrze

10. Idealny Zachód

11. Panorama Paryża

12. Wschód księżyca



niedziela, 18 września 2011

18 września

Camping pod Potsdamem nie zrobił na nas szczególnego wrażenia. Wczoraj zrobiliśmy sobie mały wieczorny spacerek, wzdłuż alejek gdzie podziwialiśmy pudła przyczep. Jezioro jak to jezioro – coś w typie Miedwia. Jedyne co było warte uwagi to kibelki – pachnące i nieskazitelnie czyste z muzyką relaksacyjną. CZAD. Pogoda ewidentnie dała nam się we znaki, że czas wracać, bo zaczęło lać. Tak też ogarnęliśmy się i wyruszyliśmy w ostatnią wspólną drogę podczas tej wyprawy – kierunek SZCZECIN!

sobota, 17 września 2011

17 września

Ostatni dzień zwiedzania za nami, więc dalszą wyprawę należy nazwać już powrotem do domu. Do Szczecina z Amsterdamu: 800 km. Rozpoczęliśmy więc demokratyczną dyskusję czy udałoby nam się zrobić trasę w 1 dzień i jeszcze dzisiaj pójść spać do własnych (przynajmniej niektórzy) łóżek. Pojawiły się jednak kuszące głosy o ewentualnym możliwym nocowaniu na campingu pod Potsdamem nad jeziorem. Wszystko wyjaśni się w trasie, która zweryfikuj które nasze możliwości… Aktualnie jest godzina 17:07 i jesteśmy w okolicy Hannoveru.
Po kilku kolejnych godzinach drogi niemieckimi autobahnami doszliśmy do wniosku, że o dziwo mamy jeszcze siłę na zieloną noc poza domem, a niekoniecznie mamy chęć na rozpakowywanie się po nocy w Szczecinie, w związku z tym wieczorem zajechaliśmy na camping pod Potsdamem, gdzie do późnych godzin nocnych oglądaliśmy filmy z naszej podróży, wspominając co lepsze przygody i tęskniąc za krajobrazami z błękitnym morzem i palmami.

piątek, 16 września 2011

16 września relacja

Jesteśmy w Amsterdamie. Jest zimno. Woda w prysznicach jest na czas, dodatkowo płatna (5min = 0,8euro). Na campingu panuje sztywna atmosfera. Ogólnie jest pusto. Wszyscy siedzą pozamykani w swoich wehikułach. Leniwie wywlekamy się spod ciepłych kołderek. Okazuje się, że polary, które zabraliśmy ze sobą i od początku wiszą w szafie – wreszcie okażą się bardzo przydatne!
W miasto zdołaliśmy wyruszyć przed południem, bazując na mapie z trasą turystyczną i cienkim przewodniku, ponieważ nikt z nas nie miał za bardzo pojęcia co można zobaczyć a Amsterdamie poza czerwonymi latarniami i osławionymi coffe-shops. Chociaż Amsterdam nazywany jest Wenecją północy, moim skromnym zdaniem, daleko mu do Wenecji, ze względu na wszędobylskie samochody i dużo mniej rozwinięty transport wodny. Fakt faktem, niewątpliwym urokiem Amsterdamu są rowery, na których ludzie jeżdżą wręcz stadami, a udogodnień dla nich (świetnie przygotowanych ścieżek rowerowych itp.) należy pozazdrościć!
Pozostając w temacie rowerów w Amsterdamie – większość z nich to typowe miejskie holenderskie rowery, których podstawowym wyposażeniem jest dzwonek, z powodzeniem używany jako postrach pieszych. Dzwonki można kupić w sklepach, ale także na „straganach” rowerowych, które można znaleźć na targowiskach. To niesamowite, ale na holenderskich targach są właśnie stragany z częściami do rowerów, gdzie w na stosach leżą dzwonki, łańcuchy i inne części wyposażenia rowerów. Poza częściami rowerowymi na amsterdamskim targu można spotkać sprzedawców staroci (np. porcelany lub blaszanych ozdobnych puszek albo starych okularów), a także m.in. sprzedawców akcesoriów maryśko podobnych (odzież z maryśką, lizaki o smaku maryśki, herbata z muchomorów etc). W czasie spaceru ulicami Amsterdamu spotkaliśmy wiele rowerów z zamontowanymi wielkimi skrzynkami na zakupy lub takie z wysuniętym przednim kołem i zamontowaną skrzynią z siedziskiem dla dzieci lub psów. Innym ciekawym wynalazkiem były śmieszne malutkie autka, które mogły jechać max 40km/h i poruszały się po drogach dla rowerów. Amsterdamczycy jeżdżą rowerami ubrani miejsko (nie sportowo), dziewczyny nierzadko jeżdżą w szpilkach, bardzo elegancko. Większość rowerów nie wyróżnia się od innych, standardowo są czarne, ale niektórzy dodatkowo je stylizują np. dekorując kierownicę naręczem sztucznych kwiatów, czy ekstrawaganckim dzwonkiem lub kolorową sakwą. Rowery są stawiane dosłownie wszędzie. Bardzo klimatycznie prezentują się na mostach, ale zwłaszcza w okolicach metra jest ich tak dużo, że trudno jest przejść.
Po spacerze obrzeżami Amsterdamu nasza ekspedycja przemaszerowała przez stare miasto i dzielnicę czerwonych latarni. Na koniec postanowiliśmy pozwiedzać miasto z pokładu środków komunikacji miejskiej ze względu na posiadane bilety dobowe. Uderzeni wonią unoszącej się w powietrzu marychy udaliśmy się na ostatnie powrotne metro do naszego campingu…

16 września

Dzisiaj przemierzaliśmy "Wenecję Północy" - relację napiszemy już w krótce, tymczasem kilka zdjęć:






czwartek, 15 września 2011

15 września relacja

Kolejny zimny paryski poranek obudził nas po ciężkim dniu zwiedzania. Nieśpiesznie wygrzebaliśmy się z campera, by ostatecznie jeszcze przed południem opuścić Paryż. Nasza droga wiodła dalej autostradami przez Belgię do Amsterdamu…

U bramy wjazdowej zastawionej nietykalnym szlabanem przywitaliśmy camping w Amsterdamie. Od razu zawiało chłodem – w aurze i klimacie. Nagle przy naszym camperze jak spod ziemi pojawił się długi chudy holender Hans w okularkach i na rowerze, rzucił hasło abyśmy udali się do recepcji, ale najpierw przesunęli łaskawie swój wehikuł za wyznaczoną linię. Ekipa ekspedycyjna ruszyła do recepcji, gdzie jak się okazało nie było żywego ducha, a Hans zniknął ze swoim rowerkiem za rogiem. Sytuacja była dla nas wyjątkowo niecodzienna – do tej pory na każdym campingu albo było pełno ludzi, zwłaszcza w okolicach recepcji życie wręcz tętniło, a jeśli zdarzyło się, że recepcja była „zabita dechami” jak pod Saint Tropez, wjazd na camping był swobodny i nieograniczonych żadnymi szlabanami! Jak się okazało, Holendrzy lubią pokazać, kto tu rządzi i musieliśmy pomarznąć trochę pod recepcją, zanim Hans nie pojawił się ponownie na swoim rowerku i nie otworzył podwoi recepcji. Gdy wreszcie w swej nieskończonej łasce znalazł chwilę czasu aby nas przyjąć, otrzymałam pokaz zasad porządkowych obowiązujących na campingu: np. że prysznice działają na żetony, że nie wolno rzucać kubków na przystrzyżoną trawkę oraz krótki instruktarz dotarcia do centrum Amsterdamu (że trzeba kupić bilety na komunikację miejską). Nie wiem czy bez tych cennych rad Hansa, dalibyśmy radę przetrwać (;)), ale kto wie ;). Jak się okazało, nie były to ostatnie instruktarze ze strony Hansa, który gdy tylko opuściłam recepcję wskoczył na swój amsterdamski rowerek i postanowił pokierować nas (miejsce znajdowało się kilka metrów dalej) do camper-serwisu. Następnie pałeczkę instruktorską przejęła jego starsza koleżanka Helga (Hans zapewne musiał po bardzo wyczerpującej pracy udać się wreszcie do hasz-baru), która niczym zwinna tonowa gazela także na rowerku, kierowała nas na stanowisko postoju (dotychczas kierowaliśmy się sami lub po ogólnych wskazaniach porządkowych na campingach). Helga asystowała nam do samego końca (dawała nawet wskazówki kierowcy jak ma kręcić kierownicą), aby dopilnować czy camper stoi równo pod kątem prostym do alejki i czy aby jego obecność nie wpłynie negatywnie na idealnie równo podstrzyżony trawniczek. Zszokowani zasadami panującymi na tym campingu byliśmy nieco onieśmieleni i na wszelki wypadek kabel podłączający campera do źródła zasilania został ułożony dokładnie pod kątem prostym na trawniku, tak aby Hans czy Helga nie poczuli dyskomfortu wynikającego z ewentualnej dysharmonii.
Jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy w miasto w celach zakupowych, poznając przy okazji zasady funkcjonowania amsterdamskiego metra. Zakupy okazały się wyjątkowo udane, ceny zdawały się być atrakcyjniejsze niż w poprzednio odwiedzanych przez nas krajach UE. Obkupieni wróciliśmy na campera na degustację narodowego holenderskiego trunku.

15 wrzesnia

Zaraz opuszczamy Paryz. Niestety ostatnimi dniami mamy utrudniony dostep do Internetu, wiec bloga maly nadzieje uzupelnic w Amsterdamie. POWDRAWIAMY!

środa, 14 września 2011

14 września

Uderzająco chłodny, ale słoneczny poranek przywitał nas nad Sekwaną. Paryż bardzo szybko przypomniał nam wszystkim, że lato, którego pełnię doświadczaliśmy jeszcze kilka dni temu w Barcelonie, już odeszło z tej części Europy. Położony nad rzeką, w całkiem urokliwym parku camping w Paryżu był dość przepełniony. Nie tracąc czasu postanowiliśmy wyruszyć na podbój miasta. Na początek półgodzinny spacer do najbliższej stacji metra, którym dotarliśmy w okolice Luwru, który zachwycił nas swoją monumentalnością! Kilka fotek i spacer ogrodami Jardin des Tuileries, pełnych romantycznych posągów, wygodnych zielonych krzesełek, przytulnych kafejek i zachwycających różowo-fioletowych rabat kwiatowych. Tak dotarliśmy do Placu de la Concorde, gdzie nie było już niestety karuzeli – młynu. Dalej pomaszerowaliśmy zatłoczonymi alejami Champs Elysees aż do Łuku Triumfalnego, skąd obraliśmy kierunek Wieża Eiffla, z przystankiem na paryskich bagietkach, które skonsumowaliśmy na Placu de Varsovie z widokiem na wieżę. Tutaj grupa się podzieliła: trio w składzie: Państwo K. i Tomasz ruszyli na Pola Marsowe, a Państwo H. udali się w odwiedziny do cioci Lili, która z niecierpliwością oczekiwała ich przybycia z rudą przyjaciółką: Weni, o której obecności nie mieliśmy zielonego pojęcia. Nasza wizyta na Rue Les Battignolles, należała niestety do rekordowo krótkich. Karolina zdążyła jeszcze wyprowadzić Weni na krótki spacer i udaliśmy się dalej na Montmartre, gdzie na Moulen Rouge czekała nasza ekipa. Montmartre potrafi odużyć swoim klimatem: romantyczne wąskie brukowane uliczki, schody ze stylowymi latarniami, urokliwe sklepiki z pamiątkami, galerie malarskie, gdzie można podejrzeć artyste w trakcie pracy, malutkie paryskie kafejki i restauracje z wnętrza których dobiegają dźwięki akordeonu. Po wspólnym odpoczynku u podnóża bazyliki Sacre-Coeur grupa ponownie podzieliła siły i każdy indywidualnie kosztował smaków dzielnicy Montmartre. Tomasz zgłębiał tajniki bazyliki, Państwo K. rzucili się wreszcie w wir zakupów pamiątek, a Państwo H. ruszyło śladami Amielie Poulain, by na koniec osiąść w francuskiej knajpce z biszkoptowym kotem, który rozsiadając się wygodnie na kolanach Karoliny uniemożliwił odejście. Skusiliśmy się jednak jedyne na deser – typowo francuski oczywiście – creme brulee.
Po zachodzie słońca całą ekipą wróciliśmy na Plac Trocadero by w romantycznych okolicznościach przyrody przy dźwiękach peruwiańskich fujar w akompaniamencie muzyki elektronicznej podziwiać iskrzącą nad miastem Więżę Eiffla. Tak zakończyliśmy intensywny paryski dzień. Do campingu wróciliśmy przed północą, nie mając już sił nawet na wieczornego urodzinowego Jacka, który co warto podkreślić został ostatecznie obalony, a jakiego cenne szkło spoczęło w paryskim śmietniku!





wtorek, 13 września 2011

13 września

Nadszedł czas opuszczenia urokliwego campingu na zachodnim wybrzeżu Francji. Wesoła piątka wyruszyła w kierunku Paryża. O dziwo udało nam się wyjechać już o 9:20, co stanowiło rekord euro-trip, z czego byliśmy bardzo dumni!
Po drodze Justynę ogarnęła żądza znalezienia winnicy w celu zakupu szlachetnych trunków na prezenty, to podłapała część ekipy. Winnic pod Bordeaux było wiele, ale znalezienie otwartej nie było wcale łatwą sztuką! Po dwugodzinnym przemierzaniu bezkresnych ostępów z winoroślami, postanowiliśmy zasięgnąć opinii tubylców, który tłumaczyli nam drogę po francusku. Przy tej okazji zwiedziliśmy kilka wyjątkowo urokliwych francuskich wiosek - każda z kamiennym kościółkiem i kilkoma domkami o niebieskich okiennicach z przepięknymi ogrodami. W końcu udało nam się spotkać młodą francuskę rozumiejącą odrobinę język angielski, dzięki czemu otrzymaliśmy od niej mapę dojazdu do otwartej winnicy. Niestety mapa była mało dokładna. W dalszej kolejności trafiliśmy do przystojnego sprzedawcy parasoli, który skierował nas w końcu do pobliskiej winnicy, ale ta okazało się zamknięta na cztery spusty! Nie traciliśmy jednak nadziei! W okolicznym miasteczku napotkaliśmy punkt informacji turystycznej, który na nowo zbudził naszą nadzieję na sukces. Po pierwsze zostaliśmy uświadomieni, że w okolicy, w której szukamy, nie kupimy już wina (odjechaliśmy za daleko od Bordeaux), ale koniak! Byliśmy bowiem w samym sercu winnic wytwarzających koniak – ten najprawdziwszy! Nieopodal znajdowała się bowiem miejscowość COGNAC! Przemiłe Panie z informacji turystycznej skierowały nas do winnicy koniaku Saint Sorlin de Cognac, gdzie nieco zaskoczony naszą obecnością Francuz oferował wyroby winnicy. Zrobiliśmy małe zakupy i odurzeni zapachem koniaku skierowaliśmy nasze kroki do pobliskiego supermarketu, zaopatrując się w napoje procentowe, których zabrakło w winiarni. Korzystając z okazji na parkingu sklepowym przyrządziliśmy obiad i po jedynie czterogodzinnej ruszyliśmy w dalszą drogę – kierunek Paryż!

poniedziałek, 12 września 2011

12 września

Nadszedł długo oczekiwany przez niektórych uczestników wyprawy – dzień relaksu (nazywany w kuluarach także dniem Łukaszka lub dniem lenia). Oznaczało to, że nie trzeba było wstawać wcześnie, tylko leniuchować ile wlezie! Tymczasem tylko Łukaszek wziął sobie tą możliwość do serca wszyscy pozostali wstali skoro świt, gdyż okoliczne atrakcje nie mogły zbyt długo czekać, a były to: należące do campingu baseny z kilkoma atrakcjami wodnymi (zjeżdżalnia, jacuzzi) i wygodnymi leżakami no i oczywiście, to co nas tu przyciągnęło: ocean i Dune du Pilat – czyli wydma – największa w Europie, długa na 2,7km i wysoka na 120m! Widok z terenu campingu był nieziemski: wspaniała, mieniąca się błękitem zatoka oceanu z wyspami piasku, które powstawały na wskutek przenoszenia przez wiatr piasku z Dune du Pilat, liczne jachty i motorówki mknące w oddali po zatoce, urokliwa złota plaża i majestatyczna wydma, która służy m.in. za doskonały punkt obserwacyjny i szybowisko dla paralotniarzy.

Państwo K. postanowili wybrać się z rana na spacer wzdłuż plaży do pobliskiej miejscowości w celach zakupowych, nie wiedzieli jednak, że spacerek stanie się sześciogodzinną wyprawą, która nie przyniesie pożądanego efektu: znalezienia odpowiednio zaopatrzonego w owoce i warzywa sklepu. Pobliska miejscowość okazała się bowiem kurortem bogatych mieszkańców Tuluzy, gdyż większość niej stanowiły wille z prywatnymi plażami. (KH)

*Powyższe informacje nie są do końca prawdziwe. Ja z Krzysztofem wybraliśmy się na spacer z samego rana, szliśmy wzdłuż wydmy, na której ludzie wyglądali jak mrówki. Zaś po drodze nie spotkaliśmy żywego ducha. Na plaży należące do pobliskiej miejscowości zobaczyliśmy mnóstwo jachtów, motorówek, łódek zacumowanych do bojek wzdłuż wybrzeża i prywatnych zejść na plażę. Poszwędaliśmy się po „centrum” w poszukiwaniu lodziarni, jednak wszystkie były otwierane o 14, tak też zpałaszowaliśmy małe co nieco w kawiarni. Sklepów nie było zbyt dużo, jednak udało się nam zakupić chlebek, owoce i warzywa, które Krzysztof targał całą powrotną drogę w plecaku!!!!!!!!!!!!!!!!!!! (co za niewdzięczność…). W drodze powrotnej na plażach zagęściło się – można było podziwiać francuskie biusty i ochłodzić się w oceanie, co oczywiście uczyniliśmy. Jak doszliśmy do campingu Krzysztof dosyć niespodziewanie zmienił kolor na różowo-czerwony, z powodu niewinnie przygrzewającego słoneczka ;-). Jednak jego drobne cierpienia zostaną na pewno wynagrodzone godną pozazdroszczenia opalenizną. (JK)

W tym czasie Karolina z Tomaszem postanowili sprawdzić walory basenu. Tomasz postanowił przyłączyć się do grupy relaksacyjnej z jogi, a Karolina biła rekordy na niewielkiej basenowej zjeżdżalni. W tym czasie Łukasz świętował swój dzień (w mniemaniu żony marnotrawił cenny czas) śpiąc w camperze. Kiedy „grupa basenowa” postanowiła powrócić do campera, owego delikwenta tam nie było za to camper zawył alarmem na cały camping, gdy zaskoczona dwójka postanowiła otworzyć drzwi. Na szczęście Łukasz w końcu się odnalazł.

Głód zaczynał już doskwierać, tymczasem manager do spraw żywienia pozostawał poza zasięgiem walki-talki…(w tym czasie Państwo K. zorientowali się o powadze sytuacji czyli fakcie, że ich spacerek przerodził się w kilkugodzinną wyprawę). W związku z tym rolę naczelnego żywieniowca przejęła Pani H.

Po południu dwójką hardcorowców w dziedzinie spacerów powróciła do bazy, nieco potraktowana słońcem, ale z zakupami, choć nie do końca spełnionymi. Następnie cała grupa ruszyła na podbój basenu, a potem korzystać z uroków plaży, by na koniec wdrapać się na szczyt wydmy Dune du Pilat. Było to wymarzone miejsce na podziwianie zachodu słońca, który tego dnia był wyjątkowo malowniczy, wręcz idealny… Gdy tylko słońce zaszło mieliśmy okazję podziwiać wschód księżyca w pełni. W tych wyjątkowych okolicznościach przyrody francuskie wino smakowało niezwykle wybornie…
(KH)











niedziela, 11 września 2011

11 września

Wszystkie znaki niebie i ziemi kusiły nas aby zostać jeszcze trochę w Barcelonie. Camping był wyjątkowo udany: położony nieopodal plaży, przyjazny, z darmowym Internetem (ewenement), basenem i stadami kotów, które gdy tylko nie było nikogo w pobliżu grasowały wśród camperów i namiotów: drapiąc opony, obsikując namioty i rozsiadając się z zadowoleniem na pustych krzesełkach nieobecnych właścicieli, czyhając na okazję dobrania się do resztek ich jedzenia. Justyna jak zwykle krzątała się od rana obudzona pierwszymi promieniami słońca, pomimo wczorajszego wyjątkowo udanego wieczoru u Sergio i Małgosi, który nieco osłabił formę niektórych panów. Państwo K. zdołali jeszcze z rana skoczyć na plażę, pozostali zaś łapali ostatnie minuty snu przed nieuchronną pobudką i wyjazdem. Po wczorajszej debacie na temat drogi, którą dojedziemy do Bordeaux, postanowiliśmy jechać górską trasą przez Pireneje, lepszą pod względem walorów widokowych i krótszą, choć wolniejszą i bardziej ryzykowną pod kątem hodowli pawiów ze względu na serpentyny. Na szczęście jednak hodowli nikt nie założył, a atrakcyjność trasy przerosła nasze oczekiwania: zapierające dech w piersiach krajobrazy górskie, punkty widokowe, dziko pasące się bydło i konie, które spotkaliśmy na przystanku – nic nie robiły sobie z naszej obecności, tylko ochoczo żłopały trawę z pobliskiego źródełka. Na posiłek zatrzymaliśmy się na przepięknej przełęczy, która w zimie stanowiła zapewne centrum narciarskie (wielki i pusty hotel Spa i widoczne z oddali wyciągi), teraz zaś świeciła pustkami, witając w ten sposób przejezdnych zatrzymujących się na przystanek. Pichcenie w takim miejscu było naprawdę czystą przyjemnością, a konsumpcja z widokiem na góry na wysokości ok. 1800 m.n.p.m. nie zdarza się co dzień. Po udanej przerwie obiadowej ruszyliśmy w dół doliny ku granicy Francji. Tam droga przeobraziła się w autostradę i widoki straciły dotychczasowe walory estetyczne, za to kibelki zapachniały fiołkami (jak się okazało, ten region szczyci się fiołkami, nie lawendą jak Prowansja), a stacje benzynowe uderzały przepychem pod względem zaopatrzenia i wystroju stacyjnych sklepów-butików. Tak jechaliśmy aż do Tuluzy skąd obraliśmy kierunek na zachód, ku największej europejskiej wydmie Dune du Pilat, gdzie czekał już na nas przepiękny camping (****) nad oceanem z bardzo obiecującymi walorami widokowymi i nie tylko, ale ze względu na późną porę przekonaliśmy się o tym dopiero następnego dnia! (KH)




sobota, 10 września 2011

10 września relacja

Nieśpieszne przeciągnięcie zwiastowało początek długo oczekiwanego dnia. Promienie słońca wpadające przez górny lufcik kampera smagały nasze zmęczone i pragnące znacznie dłuższego snu twarze. Przetrwać nadchodzące upały z pewnością pomogłaby nam włączona nad ranem przez Justynę klimatyzacja, niestety jej żeński zmysł techniczny (i tak ponadprzeciętny, jak na kobietę) pozwolił tylko na uruchomienie nawiewu bez chłodzenia, co po zamknięciu okien dało efekt sauny weneckiej. Trzech mężczyzn zamkniętych szczelnie w małym kontenerze, gdy na zewnątrz panowało już od rana 27 stopni… Bezcenne ;)

Ponieważ pozwoliliśmy sobie na małe lenistwo w ramach odpoczynku po trzech dniach nieprzerwanej podróży, budzik zadzwonił zdrowo po 9tej. Oczywiście Młodych już nie było, po zjedzonym przez nich śniadaniu także nie został nawet okruch bagietki na wypucowanej już desce do krojenia pieczywa. Dźwignęliśmy więc szacowne cztery litery, żeby dołączyć do nich na plaży, na którą się udali. Przejście nad Morze Śródziemne nie zasługiwało nawet na miano krótkiego spaceru: wyjście z naszego campingu oddzielone było od plaży jedynie lokalną (jednakże dość ruchliwą) drogą i torami podmiejskiej kolejki. Przebrnięcie tych ostatnich wymagało znalezienia przejścia podziemnego. Gdy dołączyliśmy do rannych ptaszków, byli już zaawansowani w procesie plażowania. Wykąpaliśmy się (żeby nikt nam nie mógł zarzucić, że będąc nad Costa del Sol nie kąpaliśmy się w morzu) i wróciliśmy do campingu, żeby przyszykować się do wyjścia do miasta.

Kwestii „przyszykowania się do wyjścia” należy poświęcić osobny akapit. Od momentu naszego wyjazdu zarządzanie czasem okropnie kulało. Zwyczajowo postanowienie o wyruszeniu dokądkolwiek przykładowo o godzinie 9tej skutkowało wyjściem/wyjazdem najwcześniej o wpół do jedenastej. Dlatego też po kilku dniach wyprawy zacząłem już planować czas z dużym zapasem. Toteż mimo zapewnień dziewczyn, że na pewno zdążą się szybko wyrychtować, i pomimo ogólnego marudzenia, że dzień jest krótki i szkoda czasu na pierdoły, umówiłem spotkanie z Małgosią i Sergio w centrum miasta dopiero na dwunastą w południe.

Małgosia jest dalszą kuzynką naszych dziewczyn z Inowrocławia. W zeszłym roku poznała uroczego w jej mniemaniu Katalończyka imieniem Sergio (prawidłowa wymowa: „serhio”). Ich znajomość rozkwitła na tyle, że miesiąc temu Gośka przeprowadziła się do niego do Barcelony. Dzięki temu mięliśmy polsko-angielsko-hiszpańskojęzycznych przewodników po mieście.
Jak już wspomniałem, planowanie czasu przypominało zarządzanie chaosem, tak więc spóźniliśmy się na pociąg na 11:15, lecz mimo to zdążyliśmy wysiąść na Place Catalunya idealnie w samo południe. Natychmiast okazało się, że nasza punktualność nie zostanie wynagrodzona, ponieważ Hiszpanie są spóźnieni. Z początkowego kwadransa ich spóźnienie wzrosło do czterdziestu minut, a doliczając lody i zakupienie przez moją żonę wymarzonej płyty z latynoską muzyką, wyruszyliśmy z placu grubo po 13tej. Zeszliśmy wzdłuż Ramblas – długiego deptaka, pełnego turystów, naciągaczy, żywych posągów i straganów z tanimi bibelotami MADE IN CHINA. Aleja prowadzi wprost do morskiego portu, gdzie strzeliliśmy sobie kilka fotek przy pomnikach lwów, tak realistycznie odtworzonych, że można by uczyć się z nich wielkokociej ginekologii.

Należy nadmienić, że pomimo tego, że był to środek września, temperatura powietrza w cieniu wedle tylko naszych szacunków wynosiła grubo ponad 30 stopni, co w połączeniu z wilgotnym nadmorskim powietrzem dawało efekt parowej sauny. Z facetów pot lał się strumieniami, dziewczęta dyskretnie unikały podnoszenia rąk do góry. Nasze i tak już marne samopoczucie pogarszał widok Sergio, który najwyraźniej genetycznie przystosowany do takiego klimatu, wybrał się na miasto w ciemnych dżinsach i białej koszuli z kołnierzem, a do tego na jego śniadej twarzy nie szło dojrzeć choćby jednej kropelki potu. Jedyne, co pomagało przetrwać piekielny upał, to rozmieszczone co kilkaset metrów w całym mieście krany z wodą, pozwalające złapać odrobinę ochłody – zbawienne, niczym kropla wody dla zmęczonego spacerem po pustyni wędrowca.

Przeszliśmy wzdłuż nabrzeża, podziwiając miejskie przybytki umieszczone na wysuniętych w morze pomostach. Było tam kino, centrum handlowe, wielki hotel z barem na ostatnim piętrze, czy oceanarium. Do nabrzeża zaś przycumowane były jachty wszelkiej maści: od turystycznych siedmiometrowców, po pływające oceaniczne fortece bliskowschodnich oligarchów, których wartość mogłaby z łatwością załatać polską dziurę budżetową. Następnie zagłębiliśmy się w miasto, mijając po drodze domy zaprojektowane przez Antonio Gaudí’ego.

Antonio Gaudí był katalońskim artystą i architektem. Jego budowle, o nieregularnych kształtach i fasadach, wyglądających jak roztapiający się na słońcu lodowy tort, stanowią nieodłączny element barcelońskiego krajobrazu. Dziełem wieńczącym jego życie miała być monumentalna katedra Sagrada Familia, której budowa rozpoczęła się jeszcze w XIX wieku. Do dziś wzniesiono zaledwie około 60% z całej budowli, której oryginalny plan i tak trzeba było uprościć, gdyż rozmach projektanta przewyższa nawet dzisiejsze metody budowlane. Fasady, zbudowane z „lejących” się wież wyglądają jak ulepione z mokrego piasku plażowe zamki. Hiszpanie obiecują, że przy wspomożeniu dotacjami europejskimi, ukończą budowę w ciągu najbliższych… 15 lat (!)

Sagrada Familia zrobiła na wszystkich ogromne wrażenie. Mimo faktu, iż ciągle stanowi plac budowy, a jej fasadę zdobią rusztowania i wyciągnięte w niebo łapczywe ramiona budowlanych żurawi, jej rozmach zapierał dech w piersiach. Nawet to, że aby wejść do środka i podziwiać wnętrze przypominające złowieszczy las niczym wyjęty żywcem z narkotycznego snu, trzeba by było odstać w kolejce po bilet nawet kilka godzi, nie zdołało zniweczyć naszego zauroczenia.

Na szczęście oddechy nam wróciły i stwierdziliśmy zgodnie, że najwyższy czas się posilić. Nasze głodne i łapczywe spojrzenia skierowały się na Sergio. On sam jednak tylko wzruszył ramionami i oznajmił, że nie ma sensu szukać restauracji w okolicach największej miejskiej atrakcji, ponieważ zamiast wymarzonej przez nas prawdziwej hiszpańskiej paella, dostalibyśmy co najwyżej odgrzanego w mikrofalówce hamburgera. Sergio zaciągnął więc języka u lokalsów i poszliśmy do najbliższej metra. Okazało się, że nasz hiszpański przewodnik nie zna zbyt dobrze miasta z punktu widzenia pieszego. Ponieważ zazwyczaj porusza się po mieście samochodem, pozbawiony czterech kółek miał problem ze zlokalizowaniem najbliższej stacji metra, o miejscu posadowienia wskazanej przez jego rozmówców restauracji już nie wspominając.

Po wielokrotnym pytaniu o drogę i zwiedzeniu ściśle nieturystycznych uliczek Barcelony, dotarliśmy na poszukiwany plac. Okazało się jednak, że mimo, iż plac wyglądał zachęcająco, we wskazanej restauracji nie ma wolnych stolików. Głód doskwierał nam coraz dotkliwiej, staliśmy się więc nerwowi i agresywni, coraz częściej rozmyślając, w jaki sposób można by przyrządzić Sergio i czy smaczniejszy byłby w buraczkach, czy sosie własnym. On sam kolejny raz udał się po radę, ale zagadnięcie typowego Hiszpana o drogę zaczyna się o pytania o kierunek, a kończy na pozdrowieniach dla dziadków i zaproszeniu na najbliższą Wielkanocną wieczerzę. Zabrało to więc trochę czasu. Na szczęście w końcu trafiliśmy do przytulnej knajpki, która co prawda serwowała ponoć dania ściśle południowohiszpańskiej kuchni, ale nam to absolutnie nie przeszkadzało. Zamówiliśmy paella z owocami morza, dostaliśmy do tego dwie butelki domowego wina, sałatkę ze świeżych warzyw i pieczone cząstki ośmiornicy. Danie było wyborne, jedynie Tomasz wypinając się na skorupiaki zatopione w ryżu, poszedł zjeść kebap w sąsiadującym tureckim barze. Dołączył do nas na koniec posiłku, by raczyć się podaną przez właściciela nalewką w trzech smakach. Była rzeczywiście mocna ;-P

Ponieważ była sobota, a następny dzień mięliśmy spędzić cały w trasie, postanowiliśmy udać się też do kościoła. Małgosia polecała kościół Església del Sagrat Cor Tibidabo, który znajdował się na północnych wzgórzach górujących ponad miastem. Dotarliśmy tam pospołu metrem, turystycznym tramwajem górskim i kolejką szynowo-linową, rodem z Gubałówki. Oczywiście nie było mowy o punktualnym przybyciu, a na domiar złego okazało się, że msza na 19tą owszem była, ale nie była mszą niedzielną, a raczej prywatną, odbywała się w bocznej kaplicy i zgromadziła zaledwie kilkoro wiernych, tak więc nasze spóźnione o kwadrans wejście wzbudziło małe zamieszanie.

Po mszy rozkoszowaliśmy się przepięknym widokiem na Barcelonę, która rozciągała się od podnóży gór na północy, do brzegów morza na południu. Męska część wycieczki ze smutkiem westchnęła na widok stadionu Camp Nou, na zwiedzenie którego nie starczyło już nam czasu. Słońce majestatycznie schowało się za górami i szybko zaczęło się robić ciemno. Wróciliśmy na Plac Kataloński i, po krótkiej naradzie, rozdzieliliśmy się. Ponieważ Małgosia z Sergio bardzo nalegali, żeby ich odwiedzić, Justyna, Krzysiek i Tomek pojechali do nich na hiszpańską wyżerkę przygotowaną przez gospodarza*, ja z Karoliną natomiast poszliśmy piechotą na Plac Hiszpański podziwiać przepiękny pokaz tańczących przy świetle i muzyce Barcelońskich fontann.

Wróciliśmy do obozu przedostatnią kolejką, byliśmy więc na miejscu chwilę przed północą. Umyliśmy się, uzupełniliśmy bloga korzystając z bezpłatnego Internetu. Chwile później przybyli pozostali, trzymając się za brzuchy , przeklinając swoje obżarstwo i wyzywając od najgorszych fakt, że Sergio umiał tak świetnie gotować. (ŁH)

*Parę słów o odwiedzinach u Sergia i Gosi, którzy mieszkają w mieście tuż pod Barceloną. Przywitali nas typowymi hiszpańskimi przystawkami melonem z szynką, kiełbasą Chorizo oraz francuskim akcentem: ciepłą bagietką z serem kozim i miodem. Stół uginał się od przepysznych krewetek, których skorupki po chwili zapełniły nasze talerze. Do picia była horchata – mleczko z migdałów ziemnych i hiszpańskie wino. Mogliśmy również posłuchać utworów muzycznych, wykonywanych przez Gosię oraz obrazów namalowanych przez Sergia – tak to była prawdziwa uczta zmysłów ;-). (JK)


Dzień, choć mczący, należy uznać za udany. Barcelona zachwyciła nowoodwiedzających, we mnie natomiast na nowo rozpaliła do siebie miłość. Zasypialiśmy w akompaniamencie miałczenia kotów, których na campingu były całe rodziny, wtórowanym przez przemarsz tysięcy mrówek, które to pod naszą nieobecność zagnieździły się w kamperze, z przekonaniem jednak, że do stolicy Katalonii z całą pewnością jeszcze wrócimy. (ŁH)