niedziela, 11 września 2011

11 września

Wszystkie znaki niebie i ziemi kusiły nas aby zostać jeszcze trochę w Barcelonie. Camping był wyjątkowo udany: położony nieopodal plaży, przyjazny, z darmowym Internetem (ewenement), basenem i stadami kotów, które gdy tylko nie było nikogo w pobliżu grasowały wśród camperów i namiotów: drapiąc opony, obsikując namioty i rozsiadając się z zadowoleniem na pustych krzesełkach nieobecnych właścicieli, czyhając na okazję dobrania się do resztek ich jedzenia. Justyna jak zwykle krzątała się od rana obudzona pierwszymi promieniami słońca, pomimo wczorajszego wyjątkowo udanego wieczoru u Sergio i Małgosi, który nieco osłabił formę niektórych panów. Państwo K. zdołali jeszcze z rana skoczyć na plażę, pozostali zaś łapali ostatnie minuty snu przed nieuchronną pobudką i wyjazdem. Po wczorajszej debacie na temat drogi, którą dojedziemy do Bordeaux, postanowiliśmy jechać górską trasą przez Pireneje, lepszą pod względem walorów widokowych i krótszą, choć wolniejszą i bardziej ryzykowną pod kątem hodowli pawiów ze względu na serpentyny. Na szczęście jednak hodowli nikt nie założył, a atrakcyjność trasy przerosła nasze oczekiwania: zapierające dech w piersiach krajobrazy górskie, punkty widokowe, dziko pasące się bydło i konie, które spotkaliśmy na przystanku – nic nie robiły sobie z naszej obecności, tylko ochoczo żłopały trawę z pobliskiego źródełka. Na posiłek zatrzymaliśmy się na przepięknej przełęczy, która w zimie stanowiła zapewne centrum narciarskie (wielki i pusty hotel Spa i widoczne z oddali wyciągi), teraz zaś świeciła pustkami, witając w ten sposób przejezdnych zatrzymujących się na przystanek. Pichcenie w takim miejscu było naprawdę czystą przyjemnością, a konsumpcja z widokiem na góry na wysokości ok. 1800 m.n.p.m. nie zdarza się co dzień. Po udanej przerwie obiadowej ruszyliśmy w dół doliny ku granicy Francji. Tam droga przeobraziła się w autostradę i widoki straciły dotychczasowe walory estetyczne, za to kibelki zapachniały fiołkami (jak się okazało, ten region szczyci się fiołkami, nie lawendą jak Prowansja), a stacje benzynowe uderzały przepychem pod względem zaopatrzenia i wystroju stacyjnych sklepów-butików. Tak jechaliśmy aż do Tuluzy skąd obraliśmy kierunek na zachód, ku największej europejskiej wydmie Dune du Pilat, gdzie czekał już na nas przepiękny camping (****) nad oceanem z bardzo obiecującymi walorami widokowymi i nie tylko, ale ze względu na późną porę przekonaliśmy się o tym dopiero następnego dnia! (KH)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz