piątek, 9 września 2011

9 września

Pobudka wcześnie rano, gdy reszta śpiochów smacznie spała Krzysztof z Justyną udali się na plażę, aby zażyć porannej kąpieli w morzu. 8.00 – miasteczko budzi się do życia, plaża pusta, jachty spokojnie kołyszą się na morzu, piękne widoki, błękitna woda – żyć nie umierać.
Szybki wyjazd do Barcelony, malowniczą trasą, gdzie ostatni raz mogliśmy podziwiać Lazurowe Wybrzeże. Wokoło mnóstwo winorośli – w związku z tym postanowiliśmy poszukać winiarni i zakupić jakiś szlachetny trunek. Zjechaliśmy z zaplanowanej drogi koło kolejnego pola winorośli, gdzie nie znaleźliśmy punktu zakupu wina, jednak co niektórzy w ramach rekompensaty udali się na nielegalną degustację… winogron oczywiście.
Dalsza trasa autostradą do Marsylii, postanowiliśmy przejechać przez centrum, aby obejrzeć miasto. Pojawiły się pewne komplikacje, otóż okazało się, że zaplanowana przez nas trasa ciągnęła się przez dosyć ciasny tunel (aby do niego wjechać trzeba było złożyć lusterka). Gdy wyjechaliśmy z tunelu naszym oczom ukazała się piękna katedra, jednak po chwili znowu zanurkowaliśmy w podziemia i następnym razem wychynęliśmy przy porcie, w którym stały olbrzymie statki, a z daleka widać było liczne kominy rafinerii, huty oraz innych zakładów przemysłowych. – niespotkany w Polsce widok.
Po przejechaniu 400 km przez niestrudzonego Krzysztofa zatrzymaliśmy się na spełnienie sowich potrzeb fizjologicznych przy punkcie widokowym. Kibelki były dosyć prymitywne – pozycje na Małysza + woda spłukująca, która tryskając ze ścian czyściła wszystko łącznie z nogami delikwenta, jedną z ofiar był Tomasz, który z przyrodzeniem na wierzchu musiał ewakuować się z toalety. Kolejnym przystankiem była stacja benzynowa, na której Karolina zakupiła upragnioną lawendę , ku uciesze reszty ekipy. Przypis Karoliny: nasza dotychczasowa droga wiodła wzgórzami Prowansji, znanej z bezkresnych upraw lawendy. Po cichu liczyłam na napotkanie takiego pola z lawendą, ale albo było już po zbiorach (są pod koniec sierpnia), albo nie trafiliśmy w rejon upraw lawendy… Zawód był, ale pocieszenie odnalazłam na stacji benzynowej, gdzie ku mojej uciesze dokonałam zakupu wielkiego bukietu lawendy!!! CZAD. Moja radość nie odnalazła zrozumienia u reszty załogi – cóż, co comments ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz