Strajkująca Wenecja
8:00 Wyruszamy w miasto. Na szczęście strajk nie zaczął się za wcześnie i udało nam się dotrzeć do celu za pomocą komunikacji miejskiej.
Budząca się Wenecja wyglądała bardzo ciekawie: tłumy wenecjan zmierzający do pracy, nieśpiesznie otwierające swe podwoje kawiarnie, rozkładające się stragany z owocami… Naszą uwagę zwróciły przemierzające kanały wodne pojazdy, o których istnieniu niektórzy z nas nie wiedzieli: wodne taksówki, karetki, śmieciary, kurierzy, dostawcy zaopatrzenia, policjanci – każdy pojazd ma w Wenecji swój wodny odpowiednik! Te wszystkie pojazdy wodne obserwowaliśmy siedząc na porannej włoskiej kawie, której smak rzadko można poczuć u nas. Apropo kawy , we Włoszech zaskakujące jest dla mnie to, że nawet na najbardziej zapyziałych stacjach benzynowych mają ekspres do kawy z prawdziwego zdarzenia!
Wracając do Wenecji… Na początku była kwestia mapy. Mieliśmy znaleźć takową gratis w informacji turystycznej, ale okazało się to zbyt trudne, wręcz niemożliwe: brak informacji turystycznej = brak mapy. W końcu nabyłam mapę za 2 euro i nasza wyprawa nabrała porządku. Kluczyliśmy wąskimi uliczkami w kierunku Placu Świętego Marka, który po wielu trudach udało nam się znaleźć. W międzyczasie skosztowaliśmy smaku włoskich lodów, które były dobre, ale Państwo K. zgodnie stwierdzili, że Grycana lepsze ;). Na placu Św Marka część naszej grupy zasadziła tyłki aby w spokoju spożyć zakupione wcześniej lody, tymczasem druga część grupy (która nie planowała wielogodzinnej degustacji lodów) pędziła dalej, nie zważając na kontemplacyjne potrzeby grupy pierwszej. Następnie na nabrzeżu odbyła się krótka sesja zdjęciowa z gondolami w tle, a potem część ekipy zapragnęła zwiedzić wnętrze katedry, pomimo ciągnącego się aż do postoju gondoli węża kolejkowego. W efekcie pragnienie zwiedzenia wnętrze katedry ogarnęło wszystkich, jednak na koniec zostało mocno ostudzone, ponieważ okazało się, że do środka nie wpuszczano osób z plecakami, więc część z nas zrobiła „ w tył zwrot”. Z tego wszystkiego panowie poczuli wielkie zmęczenie, więc panie ruszyły na samodzielną przechadzkę, ku ostatecznemu niezadowoleniu obu stron z faktu rozłąki. Po skompletowaniu grupy ruszyliśmy ku latarni morskiej trasą, którą prowadził Łukasz. Był to spacer mało turystyczną częścią Wenecji, gdzie można było poczuć prawdziwy klimat życia wenecjan: wszędobylski zapach płynu do płukania, łopoczące na wietrze pranie, urocze kapliczki wbudowane w ściany budynków, ciszę i spokój…
Klucze na moście
Po przeczołganiu się przez wszystkie kanały w Wenecji, postanowiliśmy pojechać do „domu”, w tym czasie nieokrzesana Karolina z Łukaszem postanowili przemierzyć je drogą wodną za pomocą tramwaju wodnego, ale o tym później… Gdy siedzieliśmy już w klimatyzowanym autobusie gotowym do odjazdu uświadomiliśmy sobie, że nie mam kluczy, bo przed momentem oddaliśmy je Tomaszowi, więc zrozpaczeni udaliśmy się na poszukiwania. Bez nadziei szukaliśmy Tomasza wśród tłumów turystów, gdy nagle na moście zobaczyliśmy postać w żółtej koszulce Brazil jesteśmy uratowani!!!
Tandem w Wenecji
Po rozłące grupa w składzie: Państwo H. postanowiła (za usilnym stękiem Pani H) zażyć przejażdżki tramwajem wodnym, co było już możliwe z racji na zakończenie fantastycznego strajku komunikacji miejskiej trwającego do 17:30. Było to ciekawe doświadczenie, nawet udało nam się upolować atrakcyjne miejscówki na zewnątrz! Kolejną atrakcją z jakiej skorzystaliśmy był wjazd na wieżę na Placu Św. Marka, skąd ukazała nam się zapierająca dech w piersiach panorama Wenecji 360st! Następnie udaliśmy się w drogę powrotną na przystanek autobusowy, kontynuując zwiedzanie.
Wielka masakra maratonem weneckim i znikający plac św Marka
Zmęczeni wielogodzinnym maratonem po Wenecji, przygotowywaliśmy się do wieczornego posiedzenia na campingu. Jednak Tomasz zapragnął ujrzeć czar Wenecji nocą, co szybko „podchwyciłyśmy”z Justyną, ku nieuciesze naszych mężów. Zamiast spokojnego wieczoru przy „Jacku d” wyruszyliśmy w miasto. Na początek odbył się sympatyczny bieg (jeden z pierwszych) do autobusu, którym dotarliśmy do miasta na wodzie. Planowaliśmy krótki spacerek do Placu Św Marka, chwilę kontemplacji i powrót. Rzeczywistość i brak mapy nieco zrewidowała nasz plan. Z krótkiego spacerku do najsłynniejszego Placu w Wenecji zrobił się co najmniej godzinny marsz po labiryncie weneckich uliczek (historia słynnego biegu Państwa P. z roku 198? musiała się powtórzyć, choć w nieco innym wydaniu), z czasem zrobiło się coraz mniej przyjemnie, gdyż Plac Św Marka wydawał się być coraz bardziej odległy. Zmęczeni, zdegustowani dosłownie dowlekliśmy się w końcu do celu, ale niestety musieliśmy zaraz wracać, aby zdążyć na ostatni autobus do campingu, co nas kompletnie dobiło, zwłaszcza że spacerek powrotny też trwał około godziny i to w dość szybkim tempie, które niektóre osoby nie wytrzymywały słaniając się w ogonie grupy, popadając w histeryczny śmiech lub żądze wypicia napoju procentowego dla uśmierzenia bólu. W tych niesprzyjających okolicznościach nasze wycieńczone zwłoki dowlekliśmy w końcu z powrotem na przystanek autobusowy. Wybawczy ostatni autobus na szczęście nie zastrajkował i udało nam się szczęśliwie wrócić na camping.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz