Uderzająco chłodny, ale słoneczny poranek przywitał nas nad Sekwaną. Paryż bardzo szybko przypomniał nam wszystkim, że lato, którego pełnię doświadczaliśmy jeszcze kilka dni temu w Barcelonie, już odeszło z tej części Europy. Położony nad rzeką, w całkiem urokliwym parku camping w Paryżu był dość przepełniony. Nie tracąc czasu postanowiliśmy wyruszyć na podbój miasta. Na początek półgodzinny spacer do najbliższej stacji metra, którym dotarliśmy w okolice Luwru, który zachwycił nas swoją monumentalnością! Kilka fotek i spacer ogrodami Jardin des Tuileries, pełnych romantycznych posągów, wygodnych zielonych krzesełek, przytulnych kafejek i zachwycających różowo-fioletowych rabat kwiatowych. Tak dotarliśmy do Placu de la Concorde, gdzie nie było już niestety karuzeli – młynu. Dalej pomaszerowaliśmy zatłoczonymi alejami Champs Elysees aż do Łuku Triumfalnego, skąd obraliśmy kierunek Wieża Eiffla, z przystankiem na paryskich bagietkach, które skonsumowaliśmy na Placu de Varsovie z widokiem na wieżę. Tutaj grupa się podzieliła: trio w składzie: Państwo K. i Tomasz ruszyli na Pola Marsowe, a Państwo H. udali się w odwiedziny do cioci Lili, która z niecierpliwością oczekiwała ich przybycia z rudą przyjaciółką: Weni, o której obecności nie mieliśmy zielonego pojęcia. Nasza wizyta na Rue Les Battignolles, należała niestety do rekordowo krótkich. Karolina zdążyła jeszcze wyprowadzić Weni na krótki spacer i udaliśmy się dalej na Montmartre, gdzie na Moulen Rouge czekała nasza ekipa. Montmartre potrafi odużyć swoim klimatem: romantyczne wąskie brukowane uliczki, schody ze stylowymi latarniami, urokliwe sklepiki z pamiątkami, galerie malarskie, gdzie można podejrzeć artyste w trakcie pracy, malutkie paryskie kafejki i restauracje z wnętrza których dobiegają dźwięki akordeonu. Po wspólnym odpoczynku u podnóża bazyliki Sacre-Coeur grupa ponownie podzieliła siły i każdy indywidualnie kosztował smaków dzielnicy Montmartre. Tomasz zgłębiał tajniki bazyliki, Państwo K. rzucili się wreszcie w wir zakupów pamiątek, a Państwo H. ruszyło śladami Amielie Poulain, by na koniec osiąść w francuskiej knajpce z biszkoptowym kotem, który rozsiadając się wygodnie na kolanach Karoliny uniemożliwił odejście. Skusiliśmy się jednak jedyne na deser – typowo francuski oczywiście – creme brulee.
Po zachodzie słońca całą ekipą wróciliśmy na Plac Trocadero by w romantycznych okolicznościach przyrody przy dźwiękach peruwiańskich fujar w akompaniamencie muzyki elektronicznej podziwiać iskrzącą nad miastem Więżę Eiffla. Tak zakończyliśmy intensywny paryski dzień. Do campingu wróciliśmy przed północą, nie mając już sił nawet na wieczornego urodzinowego Jacka, który co warto podkreślić został ostatecznie obalony, a jakiego cenne szkło spoczęło w paryskim śmietniku!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz