Nieśpieszne przeciągnięcie zwiastowało początek długo oczekiwanego dnia. Promienie słońca wpadające przez górny lufcik kampera smagały nasze zmęczone i pragnące znacznie dłuższego snu twarze. Przetrwać nadchodzące upały z pewnością pomogłaby nam włączona nad ranem przez Justynę klimatyzacja, niestety jej żeński zmysł techniczny (i tak ponadprzeciętny, jak na kobietę) pozwolił tylko na uruchomienie nawiewu bez chłodzenia, co po zamknięciu okien dało efekt sauny weneckiej. Trzech mężczyzn zamkniętych szczelnie w małym kontenerze, gdy na zewnątrz panowało już od rana 27 stopni… Bezcenne ;)
Ponieważ pozwoliliśmy sobie na małe lenistwo w ramach odpoczynku po trzech dniach nieprzerwanej podróży, budzik zadzwonił zdrowo po 9tej. Oczywiście Młodych już nie było, po zjedzonym przez nich śniadaniu także nie został nawet okruch bagietki na wypucowanej już desce do krojenia pieczywa. Dźwignęliśmy więc szacowne cztery litery, żeby dołączyć do nich na plaży, na którą się udali. Przejście nad Morze Śródziemne nie zasługiwało nawet na miano krótkiego spaceru: wyjście z naszego campingu oddzielone było od plaży jedynie lokalną (jednakże dość ruchliwą) drogą i torami podmiejskiej kolejki. Przebrnięcie tych ostatnich wymagało znalezienia przejścia podziemnego. Gdy dołączyliśmy do rannych ptaszków, byli już zaawansowani w procesie plażowania. Wykąpaliśmy się (żeby nikt nam nie mógł zarzucić, że będąc nad Costa del Sol nie kąpaliśmy się w morzu) i wróciliśmy do campingu, żeby przyszykować się do wyjścia do miasta.
Kwestii „przyszykowania się do wyjścia” należy poświęcić osobny akapit. Od momentu naszego wyjazdu zarządzanie czasem okropnie kulało. Zwyczajowo postanowienie o wyruszeniu dokądkolwiek przykładowo o godzinie 9tej skutkowało wyjściem/wyjazdem najwcześniej o wpół do jedenastej. Dlatego też po kilku dniach wyprawy zacząłem już planować czas z dużym zapasem. Toteż mimo zapewnień dziewczyn, że na pewno zdążą się szybko wyrychtować, i pomimo ogólnego marudzenia, że dzień jest krótki i szkoda czasu na pierdoły, umówiłem spotkanie z Małgosią i Sergio w centrum miasta dopiero na dwunastą w południe.
Małgosia jest dalszą kuzynką naszych dziewczyn z Inowrocławia. W zeszłym roku poznała uroczego w jej mniemaniu Katalończyka imieniem Sergio (prawidłowa wymowa: „serhio”). Ich znajomość rozkwitła na tyle, że miesiąc temu Gośka przeprowadziła się do niego do Barcelony. Dzięki temu mięliśmy polsko-angielsko-hiszpańskojęzycznych przewodników po mieście.
Jak już wspomniałem, planowanie czasu przypominało zarządzanie chaosem, tak więc spóźniliśmy się na pociąg na 11:15, lecz mimo to zdążyliśmy wysiąść na Place Catalunya idealnie w samo południe. Natychmiast okazało się, że nasza punktualność nie zostanie wynagrodzona, ponieważ Hiszpanie są spóźnieni. Z początkowego kwadransa ich spóźnienie wzrosło do czterdziestu minut, a doliczając lody i zakupienie przez moją żonę wymarzonej płyty z latynoską muzyką, wyruszyliśmy z placu grubo po 13tej. Zeszliśmy wzdłuż Ramblas – długiego deptaka, pełnego turystów, naciągaczy, żywych posągów i straganów z tanimi bibelotami MADE IN CHINA. Aleja prowadzi wprost do morskiego portu, gdzie strzeliliśmy sobie kilka fotek przy pomnikach lwów, tak realistycznie odtworzonych, że można by uczyć się z nich wielkokociej ginekologii.
Należy nadmienić, że pomimo tego, że był to środek września, temperatura powietrza w cieniu wedle tylko naszych szacunków wynosiła grubo ponad 30 stopni, co w połączeniu z wilgotnym nadmorskim powietrzem dawało efekt parowej sauny. Z facetów pot lał się strumieniami, dziewczęta dyskretnie unikały podnoszenia rąk do góry. Nasze i tak już marne samopoczucie pogarszał widok Sergio, który najwyraźniej genetycznie przystosowany do takiego klimatu, wybrał się na miasto w ciemnych dżinsach i białej koszuli z kołnierzem, a do tego na jego śniadej twarzy nie szło dojrzeć choćby jednej kropelki potu. Jedyne, co pomagało przetrwać piekielny upał, to rozmieszczone co kilkaset metrów w całym mieście krany z wodą, pozwalające złapać odrobinę ochłody – zbawienne, niczym kropla wody dla zmęczonego spacerem po pustyni wędrowca.
Przeszliśmy wzdłuż nabrzeża, podziwiając miejskie przybytki umieszczone na wysuniętych w morze pomostach. Było tam kino, centrum handlowe, wielki hotel z barem na ostatnim piętrze, czy oceanarium. Do nabrzeża zaś przycumowane były jachty wszelkiej maści: od turystycznych siedmiometrowców, po pływające oceaniczne fortece bliskowschodnich oligarchów, których wartość mogłaby z łatwością załatać polską dziurę budżetową. Następnie zagłębiliśmy się w miasto, mijając po drodze domy zaprojektowane przez Antonio Gaudí’ego.
Antonio Gaudí był katalońskim artystą i architektem. Jego budowle, o nieregularnych kształtach i fasadach, wyglądających jak roztapiający się na słońcu lodowy tort, stanowią nieodłączny element barcelońskiego krajobrazu. Dziełem wieńczącym jego życie miała być monumentalna katedra Sagrada Familia, której budowa rozpoczęła się jeszcze w XIX wieku. Do dziś wzniesiono zaledwie około 60% z całej budowli, której oryginalny plan i tak trzeba było uprościć, gdyż rozmach projektanta przewyższa nawet dzisiejsze metody budowlane. Fasady, zbudowane z „lejących” się wież wyglądają jak ulepione z mokrego piasku plażowe zamki. Hiszpanie obiecują, że przy wspomożeniu dotacjami europejskimi, ukończą budowę w ciągu najbliższych… 15 lat (!)
Sagrada Familia zrobiła na wszystkich ogromne wrażenie. Mimo faktu, iż ciągle stanowi plac budowy, a jej fasadę zdobią rusztowania i wyciągnięte w niebo łapczywe ramiona budowlanych żurawi, jej rozmach zapierał dech w piersiach. Nawet to, że aby wejść do środka i podziwiać wnętrze przypominające złowieszczy las niczym wyjęty żywcem z narkotycznego snu, trzeba by było odstać w kolejce po bilet nawet kilka godzi, nie zdołało zniweczyć naszego zauroczenia.
Na szczęście oddechy nam wróciły i stwierdziliśmy zgodnie, że najwyższy czas się posilić. Nasze głodne i łapczywe spojrzenia skierowały się na Sergio. On sam jednak tylko wzruszył ramionami i oznajmił, że nie ma sensu szukać restauracji w okolicach największej miejskiej atrakcji, ponieważ zamiast wymarzonej przez nas prawdziwej hiszpańskiej paella, dostalibyśmy co najwyżej odgrzanego w mikrofalówce hamburgera. Sergio zaciągnął więc języka u lokalsów i poszliśmy do najbliższej metra. Okazało się, że nasz hiszpański przewodnik nie zna zbyt dobrze miasta z punktu widzenia pieszego. Ponieważ zazwyczaj porusza się po mieście samochodem, pozbawiony czterech kółek miał problem ze zlokalizowaniem najbliższej stacji metra, o miejscu posadowienia wskazanej przez jego rozmówców restauracji już nie wspominając.
Po wielokrotnym pytaniu o drogę i zwiedzeniu ściśle nieturystycznych uliczek Barcelony, dotarliśmy na poszukiwany plac. Okazało się jednak, że mimo, iż plac wyglądał zachęcająco, we wskazanej restauracji nie ma wolnych stolików. Głód doskwierał nam coraz dotkliwiej, staliśmy się więc nerwowi i agresywni, coraz częściej rozmyślając, w jaki sposób można by przyrządzić Sergio i czy smaczniejszy byłby w buraczkach, czy sosie własnym. On sam kolejny raz udał się po radę, ale zagadnięcie typowego Hiszpana o drogę zaczyna się o pytania o kierunek, a kończy na pozdrowieniach dla dziadków i zaproszeniu na najbliższą Wielkanocną wieczerzę. Zabrało to więc trochę czasu. Na szczęście w końcu trafiliśmy do przytulnej knajpki, która co prawda serwowała ponoć dania ściśle południowohiszpańskiej kuchni, ale nam to absolutnie nie przeszkadzało. Zamówiliśmy paella z owocami morza, dostaliśmy do tego dwie butelki domowego wina, sałatkę ze świeżych warzyw i pieczone cząstki ośmiornicy. Danie było wyborne, jedynie Tomasz wypinając się na skorupiaki zatopione w ryżu, poszedł zjeść kebap w sąsiadującym tureckim barze. Dołączył do nas na koniec posiłku, by raczyć się podaną przez właściciela nalewką w trzech smakach. Była rzeczywiście mocna ;-P
Ponieważ była sobota, a następny dzień mięliśmy spędzić cały w trasie, postanowiliśmy udać się też do kościoła. Małgosia polecała kościół Església del Sagrat Cor Tibidabo, który znajdował się na północnych wzgórzach górujących ponad miastem. Dotarliśmy tam pospołu metrem, turystycznym tramwajem górskim i kolejką szynowo-linową, rodem z Gubałówki. Oczywiście nie było mowy o punktualnym przybyciu, a na domiar złego okazało się, że msza na 19tą owszem była, ale nie była mszą niedzielną, a raczej prywatną, odbywała się w bocznej kaplicy i zgromadziła zaledwie kilkoro wiernych, tak więc nasze spóźnione o kwadrans wejście wzbudziło małe zamieszanie.
Po mszy rozkoszowaliśmy się przepięknym widokiem na Barcelonę, która rozciągała się od podnóży gór na północy, do brzegów morza na południu. Męska część wycieczki ze smutkiem westchnęła na widok stadionu Camp Nou, na zwiedzenie którego nie starczyło już nam czasu. Słońce majestatycznie schowało się za górami i szybko zaczęło się robić ciemno. Wróciliśmy na Plac Kataloński i, po krótkiej naradzie, rozdzieliliśmy się. Ponieważ Małgosia z Sergio bardzo nalegali, żeby ich odwiedzić, Justyna, Krzysiek i Tomek pojechali do nich na hiszpańską wyżerkę przygotowaną przez gospodarza*, ja z Karoliną natomiast poszliśmy piechotą na Plac Hiszpański podziwiać przepiękny pokaz tańczących przy świetle i muzyce Barcelońskich fontann.
Wróciliśmy do obozu przedostatnią kolejką, byliśmy więc na miejscu chwilę przed północą. Umyliśmy się, uzupełniliśmy bloga korzystając z bezpłatnego Internetu. Chwile później przybyli pozostali, trzymając się za brzuchy , przeklinając swoje obżarstwo i wyzywając od najgorszych fakt, że Sergio umiał tak świetnie gotować. (ŁH)
*Parę słów o odwiedzinach u Sergia i Gosi, którzy mieszkają w mieście tuż pod Barceloną. Przywitali nas typowymi hiszpańskimi przystawkami melonem z szynką, kiełbasą Chorizo oraz francuskim akcentem: ciepłą bagietką z serem kozim i miodem. Stół uginał się od przepysznych krewetek, których skorupki po chwili zapełniły nasze talerze. Do picia była horchata – mleczko z migdałów ziemnych i hiszpańskie wino. Mogliśmy również posłuchać utworów muzycznych, wykonywanych przez Gosię oraz obrazów namalowanych przez Sergia – tak to była prawdziwa uczta zmysłów ;-). (JK)
Dzień, choć mczący, należy uznać za udany. Barcelona zachwyciła nowoodwiedzających, we mnie natomiast na nowo rozpaliła do siebie miłość. Zasypialiśmy w akompaniamencie miałczenia kotów, których na campingu były całe rodziny, wtórowanym przez przemarsz tysięcy mrówek, które to pod naszą nieobecność zagnieździły się w kamperze, z przekonaniem jednak, że do stolicy Katalonii z całą pewnością jeszcze wrócimy. (ŁH)











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz