czwartek, 15 września 2011

15 września relacja

Kolejny zimny paryski poranek obudził nas po ciężkim dniu zwiedzania. Nieśpiesznie wygrzebaliśmy się z campera, by ostatecznie jeszcze przed południem opuścić Paryż. Nasza droga wiodła dalej autostradami przez Belgię do Amsterdamu…

U bramy wjazdowej zastawionej nietykalnym szlabanem przywitaliśmy camping w Amsterdamie. Od razu zawiało chłodem – w aurze i klimacie. Nagle przy naszym camperze jak spod ziemi pojawił się długi chudy holender Hans w okularkach i na rowerze, rzucił hasło abyśmy udali się do recepcji, ale najpierw przesunęli łaskawie swój wehikuł za wyznaczoną linię. Ekipa ekspedycyjna ruszyła do recepcji, gdzie jak się okazało nie było żywego ducha, a Hans zniknął ze swoim rowerkiem za rogiem. Sytuacja była dla nas wyjątkowo niecodzienna – do tej pory na każdym campingu albo było pełno ludzi, zwłaszcza w okolicach recepcji życie wręcz tętniło, a jeśli zdarzyło się, że recepcja była „zabita dechami” jak pod Saint Tropez, wjazd na camping był swobodny i nieograniczonych żadnymi szlabanami! Jak się okazało, Holendrzy lubią pokazać, kto tu rządzi i musieliśmy pomarznąć trochę pod recepcją, zanim Hans nie pojawił się ponownie na swoim rowerku i nie otworzył podwoi recepcji. Gdy wreszcie w swej nieskończonej łasce znalazł chwilę czasu aby nas przyjąć, otrzymałam pokaz zasad porządkowych obowiązujących na campingu: np. że prysznice działają na żetony, że nie wolno rzucać kubków na przystrzyżoną trawkę oraz krótki instruktarz dotarcia do centrum Amsterdamu (że trzeba kupić bilety na komunikację miejską). Nie wiem czy bez tych cennych rad Hansa, dalibyśmy radę przetrwać (;)), ale kto wie ;). Jak się okazało, nie były to ostatnie instruktarze ze strony Hansa, który gdy tylko opuściłam recepcję wskoczył na swój amsterdamski rowerek i postanowił pokierować nas (miejsce znajdowało się kilka metrów dalej) do camper-serwisu. Następnie pałeczkę instruktorską przejęła jego starsza koleżanka Helga (Hans zapewne musiał po bardzo wyczerpującej pracy udać się wreszcie do hasz-baru), która niczym zwinna tonowa gazela także na rowerku, kierowała nas na stanowisko postoju (dotychczas kierowaliśmy się sami lub po ogólnych wskazaniach porządkowych na campingach). Helga asystowała nam do samego końca (dawała nawet wskazówki kierowcy jak ma kręcić kierownicą), aby dopilnować czy camper stoi równo pod kątem prostym do alejki i czy aby jego obecność nie wpłynie negatywnie na idealnie równo podstrzyżony trawniczek. Zszokowani zasadami panującymi na tym campingu byliśmy nieco onieśmieleni i na wszelki wypadek kabel podłączający campera do źródła zasilania został ułożony dokładnie pod kątem prostym na trawniku, tak aby Hans czy Helga nie poczuli dyskomfortu wynikającego z ewentualnej dysharmonii.
Jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy w miasto w celach zakupowych, poznając przy okazji zasady funkcjonowania amsterdamskiego metra. Zakupy okazały się wyjątkowo udane, ceny zdawały się być atrakcyjniejsze niż w poprzednio odwiedzanych przez nas krajach UE. Obkupieni wróciliśmy na campera na degustację narodowego holenderskiego trunku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz